
W ostatnim numerze „POLITYKI” – Jacek Żakowski rozmawia ze znanym brytyjskim historykiem. Pomimo tego, że cały wywiad jest niezmiernie interesujący (gorąco polecam wersję papierową), to jednak na potrzeby tego bloga zmuszona byłam tematycznie nieco skrócić cytowany fragment:
„Żakowski: Gdzie najbardziej się różnimy?
Timothy Garton Ash:
Ewidentnie w sprawach religijnych. Nie tylko między światem zachodnim a islamem. Także wewnątrz cywilizacji chrześcijańskiej – czy postchrześcijańskiej. To dobrze widać w Polsce na przykładzie Dody. Jej proces o obrazę uczuć religijnych to bardzo ciekawy przypadek w europejskiej dyskusji o wolności słowa, debacie publicznej, prawie do krytyki i ekspresji w sprawach religijnych. Na zachodzie sądzimy przeważnie, ze problem „religia a wolność słowa” dotyczy islamu. Okazuje się, że w Polsce problemem jest chrześcijaństwo.
Żakowski:
A w Anglii nie jest?
Timothy Garton Ash:
Było kiedyś prawo o blasfemii, które zakazywało obrażania chrześcijaństwa, ale już nie obowiązuje nawet na papierze. Na Zachodzie trudno znaleźć takie prawo jak w Polsce. Bo trudno zdefiniować, co jest uczuciem religijnym. A poza tym bardzo trudno jest taką ochronę zapewnić wszystkim możliwym wierzeniom. Czy jak ktoś powie, ze to, co pisał L. Ron Hubbard, założyciel Kościoła Scjentologicznego, jest bzdurą, to naruszy uczucia religijne wierzących scjentologów (jak, na przykład, słynny aktor Tom Cruise) i będzie w Polsce skazany? Gdybym należał do sekty, której kredo jest, że 2+2=5, to czy twierdzenie, że 2+2=4 byłoby obrazą moich uczuć religijnych? Używam absurdu, żeby pokazać, że sama zasada ochrony religii jest nie do końca przemyślana w świecie coraz bardziej multikulturowym i multireligijnym. Na freespeechdebate.com proponujemy zasadę: pełny szacunek dla człowieka wierzącego przy swobodnej krytyce treści wiary. Według tej zasady Doda mogłaby powiedzieć satyryczne głupstwo: że Biblię napisali upaleni ziołami faceci, ale czymś innym jest powiedzieć, że każdy, kto wierzy w Biblię, to człowiek drugiej kategorii. Może w Polsce to brzmi absurdalnie, ale taki często jest język, którym mówi się o muzułmanach w Europie Zachodniej.